on-line: ?php include ("info/config.php"); if (!$datei) $datei = dirname(__FILE__)."/$filename"; $time = @time(); $ip = $REMOTE_ADDR; $string = "$ip|$time\n"; $a = fopen("$filename", "a+"); fputs($a, $string); fclose($a); $timeout = time()-(60*$timer); $all = ""; $i = 0; $datei = file($filename); for ($num = 0; $num < count($datei); $num++) { $pieces = explode("|",$datei[$num]); if ($pieces[1] > $timeout) { $all .= $pieces[0]; $all .= ","; } $i++; } $all = substr($all,0,strlen($all)-1); $arraypieces = explode(",",$all); $useronline = count(array_flip(array_flip($arraypieces))); // display how many people where activ within $timeout echo $useronline; // Delete $dell = ""; for ($numm = 0; $numm < count($datei); $numm++) { $tiles = explode("|",$datei[$numm]); if ($tiles[1] > $timeout) { $dell .= "$tiles[0]|$tiles[1]"; } } if (!$datei) $datei = dirname(__FILE__)."/$filename"; $time = @time(); $ip = $REMOTE_ADDR; $string = "$dell"; $a = fopen("$filename", "w+"); fputs($a, $string); fclose($a); ?>
razem: 42203

...::: PASJONACI - HOBBYŚCI :::...

Zegary wieżowe - czyli pasja dłuższa niż jedno życie
Przed wojną, w pogodne, świąteczne dni, wielu mieszkańców Tuszyna udawało się na spacery. Najczęściej szło się ulicą Rzgowską, aż do lasu. Spacery, podczas których prowadzono rozmowy, odbywały się wolno, niemal uroczyście. Przed domem pod numerem 50 wielu spoglądało na tarczę zegarową o średnicy jednego metra. Dzieci zatrzymywały się zawsze, aby w oknie wystawowym popatrzeć na metalową figurkę kowala (wysokości 60 cm), który powoli unosił młot do góry i co minutę uderzał w dzwon. Był to duży mechanizm, który poruszał wskazówki na dwóch tarczach i uruchamiał dzwon wybijający kwadranse, a drugi godziny. Z zegara tego korzystało wielu tuszynian. Wykonał go, a następnie umieścił na swoim domu Józef Ambrozi (urodzony w 1891 roku). Jeszcze przed I wojną światową uzyskał on dyplom czeladnika zegarmistrzowskiego.

Po wojnie, podczas której był w wojsku na Ukrainie, wrócił do Tuszyna i otworzył zakład ślusarski. Zaczął budować zegar wieżowy. Ówczesny burmistrz - Józef Domowicz, który popierał rodzime talenty, dał mu tysiąc złotych zaliczki i zamówił zegar na budynek magistratu. Zegar został wykonany i zamontowany. W swoim warsztacie ślusarskim, przy pomocy kilku uczniów, wykonał on w sumie kilkanaście zegarów wieżowych , z których każdy był inny, coraz doskonalszy. Zegary te zostały zamontowane między innymi w Zelowie, Zduńskiej Woli, Bełchatowie, Lututowie, Osjakowie i wielu innych miejscowościach. Jeden, którego tarcza miała trzy metry wysokości, został wywieziony do Niemiec.



Rzgowska 50 - Zegar mechaniczny w oknie domu pana Ambroziego.
fot. ze zbiorów Z. Jachimskiej

Te precyzyjne zegary były wykonywane na bardzo prostych urządzeniach, wytwarzanych także we własnym zakresie. Frezarka, tokarka, wiertarka, były poruszane ręcznie. Ramy do zegarów kuto z żelaza, tryby i łożyska odlewano z mosiądzu, a potem obrabiano ręcznie. Mistrz miał wielu uczniów (czterech - ośmiu równocześnie). Był nie tylko nauczycielem ale i wychowawcą. W warsztacie nie wolno było przeklinać, palić papierosów, próżnować. Uczył przede wszystkim pracy, porządku i dyscypliny. Słynął jako wybitny fachowiec, który niestety nie potrafił robić interesów. Żył bardzo skromnie, oddany bez reszty pracy i rodzinie. Uchodził za człowieka bardzo religijnego, miał w kościele swoją ławkę przy ambonie. Wyróżniała go ogromna życzliwość dla ludzi. Wiele prac wykonywał bezinteresownie. Ciągle był zajęty. Nigdy nie był - co ciekawe - w karczmie czy w restauracji. Nosił płaszcz z peleryną, modny wśród artystów oraz długą, białą marynarkę. Cieszył się zaufaniem współmieszkańców oraz księży. W czasie II wojny światowej, pracujący w parafii ksiądz proboszcz Romuald Brzeziński spodziewał się aresztowania (zginął w Dachau) i zabezpieczył najcenniejsze rzeczy, stanowiące własność kościoła. Józef Ambrozi, jako jeden z nielicznych, był poinformowany o miejscach ich ukrycia. Zmarł w 1942 roku na zapalenie płuc.

Miał dwóch synów i trzy córki. Wszystkie dzieci otrzymały staranne wykształcenie. Najstarszy syn Józef, dobrze poznał tajniki zawodu ślusarskiego, które okazały się bardzo przydatne podczas okupacji. Swoje prawdziwe miejsce znalazł jednak w kapłaństwie. Najmłodszy - Witold, został inżynierem i zamieszkał w Dąbrowie Górniczej. Dopiero wnuk - ROMUALD SMEJDA (syn Anatolii) wznowił tradycję rodzinną. Pan Romuald nie znał dziadka osobiście. Znał go jedynie ze wspomnień rodzinnych, w których funkcjonuje jako postać niezwykła. Do dzisiaj zostało po nim niewiele pamiątek. Jest pieczątka z inicjałami, parę starannie przechowywanych zdjęć, kilka mechanizmów zegarowych, ponadto jakieś drobiazgi. Być może to po nim wnuk odziedziczył zainteresowania techniczne, bowiem zawsze intrygowały go skomplikowane urządzenia i precyzyjne mechanizmy.

Po ukończeniu Wydziału Elektrycznego (specjalność: automatyka) na Politechnice Łódzkiej, poszukując pracy, trafił do firmy zajmującej się renowacją zegarów wieżowych. Wkrótce stwierdził, że nie ma tam szansy rozwoju i razem z kolegą, mechanikiem - Krzysztofem Miączyńskem, podjęli decyzję o wspólnym przedsięwzięciu. W roku 1990 powstał "TIME - ROMIX - NAPRAWA I KONSERWACJA URZĄDZEŃ ELEKTRONICZNYCH, ELEKTROMECHANIKA I ZEGARMISTRZOSTWO - USŁUGI". Od tej pory trwa praca na własny rachunek. Firma zatrudnia maksymalnie trzy osoby, lecz mechanika dobrze współgra z elektroniką i dzięki temu można coś ciekawego tworzyć:

- Naszym sztandarowym dziełem - wspomina pan Romek - jest odrestaurowany, piękny zegar na ratuszu w Zielonej Górze, gdzie sam demontaż tarcz trwał ponad miesiąc. Innym jest bardzo ładny zegar na Urzędzie Morskim w Gdyni. Zegar na ratuszu w Chełmie, koło Świecia, to także moja praca. Są tam bardzo ładne tarcze o boku 2,2 m, cyfry wykonane z miedzi, pokryte cienką warstwą zlota. Wyjątkowo dużo misternych elementów dekoracyjnych. - Podczas renowacji zabytkowego zegara, który wcześniej był już nie jeden raz odnawiany, staramy się przywrócić mu pierwotny wygląd. Często sięgamy więc do literatury fachowej, rycin, zdjęć. Aby zachować autentyczność, robimy najpierw narzędzia, jakimi był wykonany. Pierwotnym, czasem bardzo pięknym formom można przywrócić kształt tylko dzięki wielkiej cierpliwości i ogromnej pracy. Wszystkie elementy wykonujemy sami. Ramy z miedzi lakierujemy, natomiast cyfry i wskazówki muszą się pokryć patyną, wówczas są czytelne i bardzo ładnie kontrastują z białym tłem tarczy. Tarcza ze świeżą miedzią, która wychodzi z naszego warsztatu jest bardzo brzydka. Dopiero po kilku tygodniach nabiera piękna, po prostu czas dodaje jej urody.

- Pracujemy na materiałach nowoczesnych i trwałych. Oprócz miedzi, stosujemy stal nierdzewną, a tarcze wykonujemy z płyty akrylowej. Elementy pozłaca bardzo dobra firma w sąsiednim Rzgowie. - Praca daje nam satysfakcję. Jest ciekawa, wymaga dużego wysiłku fizycznego i umysłowego. Przed rozpoczęciem przygody z zegarami tkwiłem w przekonaniu, że mam lęk wysokości. Na pierwszą wieżę koledzy chcieli wciągnąć mnie na linach. Dziś poruszam się bez trudu, choć niekiedy jest to naprawdę bardzo ryzykowne. Dużą uciążliwość stanowi fakt, iż czasem trzeba wnieść na górę nawet kilkaset kilogramów. Bardzo rzadko korzystamy z urządzeń technicznych. Aby obniżyć koszty, mamy własne sposoby: maszyny proste, kołowrotki, dźwignie...

- Renowacja takiego zegara trwa odkilku tygodni do czterech miesięcy. Najpierw demontaż, potem żmudna rekonstrukcja - wielotygodniowa praca w warsztacie, drobiazgowe odtwarzanie pierwotnej formy, a następnie montaż. W ciągu roku robimy kilkadziesiąt tysięcy kilometrów; noclegi w hotelach, delegacje - to wszystko bardzo podnosi koszty.

- Zegary zdobią wiele ratuszów i kościołów, a instytucje do których należą, z reguły nie mają dziś na ten cel pieniędzy. Trzeba więc schodzić z kosztów do minimum, tak aby mieć pracę i normalnie żyć.

- Bywają momenty kiedy mam już wszystkiego dość i wówczas mówię, iż to był już mój ostatni zegar. Jednak po pewnym czasie trafiam do któregoś z miast, spoglądam na odrestaurowany przeze mnie zegar i cieszę się, że coś po mnie zostało. Najczęściej są to jednak dzieła bezimienne. Dwa razy zdarzyło się, że poproszono mnie abym się wpisał do kroniki kościelnej.

- Satysfakcjonuje mnie to, że do dziś nie rekłamowałem nigdzie swojej firmy. Klienci trafiają na podstawie bardzo dobrych referencji. Do dnia dzisiejszego bardzo dokładny czas wskazuje 36 zegarów wykonanych przez moją firmę. Ich awaryjność jest znikoma. Nawiasem mówiąc, pracowaliśmy już w różnych zakątkach Polski. Zegar na Placu Wolności w Łodzi to też nasz "podopieczny". Niedawno zakładaliśmy tam komputerową pozytywkę. Trzeba podkreślić, że w zegarach którymi się zajmujemy, jest znacznie mniej mechaniki, natomiast dużo elektroniki. Zawsze jest stosowany mikrokomputer. Wszystkie dane są synchronizowane drogą radiową, wprost z zegara atomowego, którego nadajnik znajduje się w Niemczech, koło Frankfurtu. Dzięki temu są całkowicie bezobsługowe, same przestawiają się przy zmianie czasu, a ich dokładność wynosi około 1 sek/300 tyś. lat.

Dziękuję za rozmowę i życzę następców, którzy podtrzymają tę rodzinną tradycję.

Emilia Cicha

© 1998 - 2017 by Jordan Busiakiewicz. Wszelkie prawa zastrzeżone !!!